Przede wszystkim musiałam zasięgnąć języka co z taką sytuacją można zrobić. Rozmawiałam ze znajomym policjantem, który poinformował mnie, że większość z tych okolicznych, wielodzietnych rodzin ma już sprawy w sądach rodzinnych, a starsze dzieci są pod opieką kuratora. To co można osiągnąć na drodze prawnej to doprowadzić do utraty praw rodzicielskich i dzieci trafiają do pogotowia opiekuńczego i w rezultacie do domu dziecka. Oczywiście jest to jedno z najgorszych rozwiązań.
Jedna z moich przyjaciółek pracuje z Centrum Interwencji Kryzysowej. W codziennej pracy spotyka się z patologią w najgorszej postaci. Nie mniej jednak ona też uważa, że dom dziecka jest wyjściem ostatecznym. Kiedy wiesz, że życie dziecka jest zagrożone.
Na dobrą sprawę, więc nie można zrobić nic. Nie mogłam jednak nie zrobić nic i o tym zapomnieć. Chociażby dlatego, że ów sceny się powtarzały.
Myślałam zatem nad strategią.
Nie mogłam zainterweniować, no bo jak? Co im powiedzieć? Że nie powinni tak się odzywać do dzieci i do siebie?
Chyba każdy jest w stanie się domyślić na jaką odpowiedź mogłabym liczyć.
Nie, żadne rozmowy, dyskusje nie wchodziły w rachubę.
Zastanawiałam się co mogłoby wpłynąć na zachowanie takiej młodej matki. W końcu Eureka! Jeśli ona będzie się dobrze czuła to poprawi się jej humor, dzięki czemu być może wzrośnie jej cierpliwość do dziecka.
Jedyne co mogłam zrobić to podarować jej trochę serdeczności.
Pewnego dnia, kiedy ją zobaczyłam krzyknęłam przez płot: dzień dobry. Patrzyła na mnie szeroko otwartymi oczami, po czym zrobiła dziwną minę i opuściła głowę, zupełnie mnie ignorując. Przyznam, że nie było to miłe, bo przecież się tak staram, a ona co? Oczywiście po chwili zrozumiałam, że moje niezadowolenie wynika z tego, że ktoś znowu nie spełnił moich oczekiwań i że tym razem naprawdę powinnam sobie darować.
Nie ustawałam, więc w staraniach. Po jakimś czasie młoda mama zaczęła odpowiadać dzień dobry, a nawet czasem kiedy zobaczyła mnie pierwsza, ona zakrzykiwała do mnie pierwsza. Wrzucałam również te swoje „dzień dobry” do jej wiecznie pijanego męża i teścia (wtedy kiedy byli w stanie to zrozumieć).
Nie wiem ile to trwało, ale pewnego dnia poczułam, że jednak to wszystko ma sens. Sąsiadka przechodziła ze swoim (na oko) czteroletnim synkiem i kiedy, jak co dzień powiedziałam z uśmiechem dzień dobry, ona odpowiedziała i z uśmiechem powiedziała do synka: no powiedz ładnie dzień dobry do pani.
Podeszłam do płotu zagadnęłam do dziecka, które w końcu na swój sposób powiedziało dzień dobry, wywołując naszą, nieśmiałą jeszcze salwę śmiechu.
Nie jestem psychologiem, nie wiem na ile to pomoże temu dziecku, tej młodej dziewczynie, ale w chwili obecnej jest to jedyna sensowna rzecz, którą mogę robić.