Zima – tym razem 2010

Całkiem biało. Już nie pamiętam śnieżyć z tamtego roku, tylko z przed dwóch dni i z przed tygodnia. W ceglaku – odśnieżanie, przynoszenie drewna, odśnieżanie, przynoszenie drewna, wynoszenie popiołu itd. A w ‘międzyczasiu’ Kopenhaga – przedświąteczna, bajkowa. Zimno trzaskało, para z ust buchała, a Glog rozgrzewał i rozbawiał. Gorące pączki, piernikowe serca, gliniane mikołajki i Jingle Bells, Jingle Bells, Jingle all the way! na na na na….
i razem: http://www.links2love.com/christmas_songs_20.htm

 

 

„You are only as rich as the enrichment you bring to the world around you.”

” If you are truly enriching someone’s life, they will typically miss you in their past. They think their lives would have been even better if they had met you earlier.”

Rajesh Setty - Life Beyond Code

 

Ciągnie po nogach

Ciągnie po nogach, ale nadal pięknie, liściasto i kolorowo. Wciąż jeszcze nie dotarłam do lasu którego potrzebuję. Codziennie myślę o zanurzeniu nóg po kostki w liściach. Łaziłabym tak szurając nimi godzinami. Tylko wtedy one tak ładnie szeleszczą, pachną. Czuje zew lasu, a tak się wszystko jakoś rozłazi po kościach, ścianach, po godzinach. Moje motto: jutro będzie lepszy dzień na zrobienie tego. I kolejne (udręczone) jutro przecieka przez palce.
Ciągnie po nogach, ale wiata już drzewem zapełniona, może starczy na całą zimę? Ostatnio zabrakło, wciąż pamiętam te śnieżyce i wielomiesięczną, białą zmarzlinę.
A w ceglaku…  pojawiły się odgłosy małych łapek. Za wszelką cenę próbują dostać się do środka. Całe noce słychać stukania, chrobotania, popiskiwania między ścianami, w stropach. Takie małe stworzonka, a jakże są stresujące, w zasadzie dlaczego? Kupiłam ultradźwiękowy odstraszacz na gryzonie, no niech one się wyniosą.

Jesienny eden

Ostatni wpis koniec marca, czekałam na wiosnę. Wiosna nie przyszła, koniec zimy dłużył się w nieskończoność, później było lato. Pierwsze 30 st odebrałam jako termometrowy żart, dalej było już tylko gorzej. Jakiekolwiek aktywności przenosiły się do klimatyzowanych budynków, a spotkania towarzyskie można było odbywać w supermarketach na dziale mrożonek. Za to życie nocne kwitło, po całodziennym skwarze pozostawała jedynie kontemplacja nad zimnym piwem, tak długo jak zdrowie pozwalało. Czyli nie za często.

Dziś jesień, polska, barwna, słoneczna. Wszystko zaczyna zwalniać. Ciągnie chłodem, słońce już wysoko, ale powietrze krystalicznie przejrzyste. Na zewnątrz ręce grabieją, poliki czerwienieją, wiatr wdziera się pod kurtkę, spaceruję myśląc o podpince do kurtki, którą powinnam już doczepić. Wpadam do domu bucha ciepło, wstawiam czajnik, przygotowuję gorącą herbatę z malinami (z ogrodu mamy Magdaleny). Jeśli trochę mnie wytrzęsło to zagotowuję trochę imbiru i dolewam do herbaty. Wskakuję w dres i góralskie skarpety. Przygotowuję stos książek (bo nie wiadomo na co dziś apetyt), wyciągam pluszowy koc, zapalam lampkę (bo przecież szybko robi się ciemno). Zasiadam, cisza, pierwszy łyk, otwieram książkę. Uśmiecham się. To mój jesienny eden!

Pierwszy dzień wiosny

Najbardziej wyczekiwaną zmianą pór roku jest przejście pomiędzy zimą i wiosną. W tym roku szczególnie wyczekiwaną. Zima długo, mroźnie i śnieżnie wypełniała całe tygodnie. Odczułam ciężar posiadania domku – odśnieżanie kilka razy dziennie, wynajmowanie ludzi do odśnieżania dachów. Kominek, który uwielbiam, tej zimy też zalazł mi za skórę, bo co innego palić dla przyjemności, a co innego ogrzewać w ten sposób cały dom podczas siarczystych mrozów. Nieskończoną ilość razy biegałam z niebieską torbą Ikea po drewno, wstawałam w nocy aby dołożyć do ognia, bo gdy palenisko przygasało, nad ranem dom wypełniał nieprzyjemny chłód i trudno go było później rozgrzać.

Wszystkie ulice zasypane były śniegiem, tworzyły się nieprzejezdne koleiny śnieżne pod którymi był lód, na poboczach tworzyły się ogromne zaspy, więc parkowanie w tym czasie powinno być wpisane na listę sportów ekstremalnych.

Jak zwykle zima zaskoczyła drogowców.

Przy okazji to niezwykle ciekawe, że drogowcy co roku są zaskoczeni i nieprzygotowani. Od ilu wieków mamy mniej więcej o tej samej porze roku zimę? Dlaczego ten fakt ciągle zaskakuje? To jest dla mnie zagadką.

Dzisiaj pierwszy dzień wiosny. Śnieg już prawie znikł, gdzie nie gdzie jeszcze małe brudne zaspy, które „topnieją w oczach”. Temperatura +10 st. C przynosi tak wiele radości. Słychać pierwsze ptasie odgłosy, za chwilę pojawią się przebiśniegi i krokusy, sama myśl wprawia w dobry humor. Ciekawe, że kiedy jest pełnia lata nikt już nie zwraca uwagi na zielone liście, kolorowe kwiaty, słońce. Wręcz czasami zaczyna już męczyć te lato, no ile można jeździć na rowerze, jeść lody, leżeć na plaży i pływać?

Zdaję się, że aby cieszyć się rzeczami albo żeby je w ogóle zauważać potrzebujemy zmian.

Nowa pora roku, nowe ubrania, nowy samochód, dom, partner/ka, nowa dieta..

Ale czy: zmiana + nowe/y = szczęście?

Barcelona

Dzień kobiet, godz. 11.55 Starbucks w centrum, w tle Peter Gabriel. Kanapka z hiszpańską szynką zapijana gorącą caffee latte grande. Biały komp na kolanach, szybkość sieci dobra. Na pulpicie praca i twórczość Pabla Picassa. Za oknem siąpi deszcz od rana z tą samą kapuśniakową intensywnością, ale tu w środku na granatowym fotelu tak dobrze.

Mokra ulica zapełniona kolorowymi parasolkami. Jak rozpoznać tych mieszkańców od turystów? Może turyści to ci co pomimo deszczu chodzą wolno?

Przyjechała ekipa panów w niebieskich kombinezonach. Rozkładają drabinę, wyciągają narzędzia. Gruby Hiszpan w błyszczących kolczykach wchodzi po drabinie i wymienia żarówki. Śpiewa pod nosem, drugi podtrzymuje drabinę i też coś nudzi niby w rytm piosenki Gabriela. Trzeci zaparł się pod boki i od czasu do czasu śmiesznie kręci zadkiem. Czy jest tego świadomy?

Przez ulicę przejeżdża mały samochód czyszczący ulicę okrągłą szczotą. Pan z samochodziku zamachał z uśmiechem, odmachałam z uśmiechem.

Picasso powiedział, że maluje co widzi, a ja zobaczę co on widział.

Falstart – Museu Picasso de Barcelona w poniedziałki nieczynne. Nie ma szans na spacer do Casa Batllo (jedna z kamienic zaprojektowana przez Gaudiego), ponieważ kapuśniak przeistoczył się w śnieżną zawieruchę. Mokro, ślizgo, wieje. A miała to być ucieczka przed niekończącą się polską zimą – ugh!

W gotyckiej dzielnicy czerwone wino i gorąca pealla (ryż z warzywami i owocami morza). Kurtki przeschły, w głowie szumi, uśmiech powrócił, dalej w drogę.

Śnieżyca nie odpuszcza, wymarznięci dotarliśmy do Place Catalunya, ukryliśmy się w centrum El Corte Ingles, w pięknej krainie dóbr doczesnych. Pomimo wielu pięter wspaniałości, schodzonych kilometrów między wieszakami i półkami, połów nieudany i nie wiadomo czy to przez tą psią pogodę czy węża w kieszeni.

Kolejna próba walki z aurą, znowu zupełnie mokrzy, z chlupiącą wodą w butach schroniliśmy się w jednej z restaurantes przy La Rambla. Gorąca herbata, patatas bravas (opiekane ziemniaczki z pikantnym sosem) i wielkie okno z widokiem na ulicę.

Barcelończycy wyglądają na zupełnie zaskoczonych pogodą, co rusz spoglądają w niebo na padającą śnieżną lawinę i cieszą się, jeden z miejscowych powiedział, że ostatni raz padał śnieg z osiem lat temu.

A nas to jakoś nie bawi.

Ten dzień należało zakończyć gorącym prysznicem, ciepłym kocem, wspaniałym winem MARQVES DE RISCAL Rioja 2004, szynką SERRANO i ostrym chorizo.

Fatalna pogada nie odebrało Barcelonie uroku, więc trzeba wrócić kiedy aura będzie bardziej przychylna.

Progress

Jak bardzo na plus jest to, że tak mało jest w dziale na minus. Good girl!

Z Gendyna Rinpocze

Przestań czynić
Przestań się zmuszać
Przestań chcieć
A wszystko spełni się
naturalnie.

Przyjemne siedlisko II

Przede wszystkim musiałam zasięgnąć języka co z taką sytuacją można zrobić. Rozmawiałam ze znajomym policjantem, który poinformował mnie, że większość z tych okolicznych, wielodzietnych rodzin ma już sprawy w sądach rodzinnych, a starsze dzieci są pod opieką kuratora. To co można osiągnąć na drodze prawnej to doprowadzić do utraty praw rodzicielskich i dzieci trafiają do pogotowia opiekuńczego i w rezultacie do domu dziecka. Oczywiście jest to jedno z najgorszych rozwiązań.

Jedna z moich przyjaciółek pracuje z Centrum Interwencji Kryzysowej. W codziennej pracy spotyka się z patologią w najgorszej postaci. Nie mniej jednak ona też uważa, że dom dziecka jest wyjściem ostatecznym. Kiedy wiesz, że życie dziecka jest zagrożone.

Na dobrą sprawę, więc nie można zrobić nic. Nie mogłam jednak nie zrobić nic i o tym zapomnieć. Chociażby dlatego, że ów sceny się powtarzały.

Myślałam zatem nad strategią.

Nie mogłam zainterweniować, no bo jak? Co im powiedzieć? Że nie powinni tak się odzywać do dzieci i do siebie?

Chyba każdy jest w stanie się domyślić na jaką odpowiedź mogłabym liczyć.

Nie, żadne rozmowy, dyskusje nie wchodziły w rachubę.

Zastanawiałam się co mogłoby wpłynąć na zachowanie takiej młodej matki. W końcu Eureka! Jeśli ona będzie się dobrze czuła to poprawi się jej humor, dzięki czemu być może wzrośnie jej cierpliwość do dziecka.

Jedyne co mogłam zrobić to podarować jej trochę serdeczności.

Pewnego dnia, kiedy ją zobaczyłam krzyknęłam przez płot: dzień dobry. Patrzyła na mnie szeroko otwartymi oczami, po czym zrobiła dziwną minę i opuściła głowę, zupełnie mnie ignorując. Przyznam, że nie było to miłe, bo przecież się tak staram, a ona co? Oczywiście po chwili zrozumiałam, że moje niezadowolenie wynika z tego, że ktoś znowu nie spełnił moich oczekiwań i że tym razem naprawdę powinnam sobie darować.

Nie ustawałam, więc w staraniach. Po jakimś czasie młoda mama zaczęła odpowiadać dzień dobry, a nawet czasem kiedy zobaczyła mnie pierwsza, ona zakrzykiwała do mnie pierwsza. Wrzucałam również te swoje „dzień dobry” do jej wiecznie pijanego męża i teścia (wtedy kiedy byli w stanie to zrozumieć).

Nie wiem ile to trwało, ale pewnego dnia poczułam, że jednak to wszystko ma sens. Sąsiadka przechodziła ze swoim (na oko) czteroletnim synkiem i kiedy, jak co dzień powiedziałam z uśmiechem dzień dobry, ona odpowiedziała i z uśmiechem powiedziała do synka: no powiedz ładnie dzień dobry do pani.

Podeszłam do płotu zagadnęłam do dziecka, które w końcu na swój sposób powiedziało dzień dobry, wywołując naszą, nieśmiałą jeszcze salwę śmiechu.

Nie jestem psychologiem, nie wiem na ile to pomoże temu dziecku, tej młodej dziewczynie, ale w chwili obecnej jest to jedyna sensowna rzecz, którą mogę robić.

Przyjemne siedlisko I

Mieszkam w przepięknej okolicy w Gdańsku. W krainie domków dzielnicowych z czerwonej cegły, obrośniętych gdzieniegdzie pnącym bluszczem. Kiedy po raz pierwszy zobaczyłam to miejsce wypowiedziałam życzenie, że chciałabym tu mieszkać. Jak to bywa z życzeniami, czasami się spełniają. Po jakimś czasie nadarzyła się okazja i właśnie tu kupiliśmy słodką ruderę, którą przez kolejne lata próbowaliśmy doprowadzić do stanu używalności.

Dziś jest już w niej miło, domowo. Wybudowaliśmy płot, zasialiśmy dookoła trawę i wsadziliśmy parę roślin. Kiedy zrobiło się ciepło kupiliśmy stół i dwa krzesła ogrodowe, ażeby rano w piżamach na bosaka pić kawę na kawałku swojej ziemi.

Okazało się, że w miłej okolicy mieszkają ludzie, którzy bywają niemili. Nie dla nas, bo my raczej z tych co nie szukają sąsiedzkiej przyjaźni ani zwady. Chamscy, wulgarni dla siebie nawzajem, dla dzieci. W pobliżu naszego wymarzonego „ceglaka” mieszka sporo ubogich, wielodzietnych rodzin. Jedna z nich mieszka za ścianą, przez która na szczęście niewiele słychać. Jednak kiedy siedzimy w ogródku, a sąsiedzi mają pootwierane okna (co latem jest zwyczajem codziennym), można nasłuchać się wszelakich odmian słowa: kurwa, chuj, pierdolony, jebana itd. Dorośli do siebie, dorośli do dzieci, dzieci do siebie, dzieci do dorosłych.

Poziom abstrakcji osiągnął punkt kulminacyjny, kiedy siedziałam w ogrodowym zaciszu z jakimś uroczym tomikiem, a „zza płota” usłyszałam jak młoda matka mówi do swojego – na oko czteroletniego – synka, cytuję: „Zamknij się ty chuju jebany, bo cię zajebię w końcu.” Walnęłam uroczym tomikiem o stół, weszłam czym prędzej do domu, trzasnęłam drzwiami i próbowałam liczyć oddechy. Wiedziałam, że coś muszę zrobić.

A co Wy byście zrobili?