“Można być niezawodowym profesjonalistą lub nieprofesjonalnym zawodowcem”
Z Macieja Cisło
06.07.2009 · Skomentuj
→ Leave a CommentKategorie: codziennością pisane..
Otagowane: Maciej Cisło
Dom niewidomych
20.06.2009 · Skomentuj
Znany poeta opowiedział mniej znanej dziennikarce o domu, który byłby urządzony przez niewidomych. Wszystkie sprzęty wybrane palcami. Jak miły byłby to dom w dotyku, jak przyjemny stałby się dla ciała. Zamknęłam oczy próbując go zobaczyć, ale zobaczyć się go nie da. Można go jedynie doświadczyć.
→ Leave a CommentKategorie: codziennością pisane..
A mogło być inaczej
19.06.2009 · Skomentuj
Zasłyszane…
Wyobraź sobie jakie piękne byłoby życie, gdyby przybiegało odwrotnie niż dotychczas.
Zaczyna się od tego, że kilku eleganckich gości przynosi cię w skrzyneczce i od razu trafiasz na imprezę.
Żyjesz sobie spokojnie jako starzec w domku i z dnia na dzień stajesz się coraz młodszy.
Pewnego dnia dostajesz odprawę w postaci grubszej gotówki i idziesz do pracy.
Pracujesz jakieś 40 lat i poznajesz uroki życia. Zaczynasz pić coraz więcej alkoholu, coraz częściej chodzisz na imprezy i coraz częściej uprawiasz seks. Jak już masz to opanowane, jesteś gotów żeby trafić na studia, gdzie rozwijasz skrzydła.
Później szkoła średnia i wszystko staje się możliwe. Coraz mniej od ciebie wymagają, masz coraz więcej czasu na zabawę. Robisz się coraz mniejszy, aż trafiasz do brzucha, gdzie pływasz i wypoczywasz przez 9 miesięcy, kompletny relaks.
A potem nagle BĘC – i Twoje życie kończy się orgazmem.
→ Leave a CommentKategorie: codziennością pisane..
Otagowane: ciąża, odwrotność, życie
Ateny 2009
18.06.2009 · Skomentuj
Pojechałam do Aten starożytne kamienie oglądać. Chciałam pomiędzy nimi wolno spacerować w filozoficznym nastroju. Opalić się nieco w blasku Peryklesa. Dumać nad wiekami i szukać kroków wielkich. Chciałam przysiąść na kamieniu antycznym w cieniu Partenonu. W teatrze Dionizosa pod zamkniętą powieką przywitać Sofoklesa.
I tak pięknie merytorycznie przygotowana wylądowałam w antycznej stolicy.
Z notatkami w dłoni udałam się do strefy upragnionej, a może i błogosławionej.
Aby czytać o historii w miejscu najważniejszym -
na obszarze jej powstawania.
Lecz czym bardziej oczekiwania skrystalizowane tym większy zawód z niepomyślności
Wiem o tym i co z tego kiedy ordnung to podstawa.
→ Leave a CommentKategorie: podróże
Otagowane: akropol, Ateny
Meksykańskie walentynki
06.04.2009 · 1 komentarz
Walentynki 2009 spędziłam w Mexico City. Okazało się, że tego dnia na największym placu w centrum był ustanawiany nowy rekord Guinnessa. Prawie 40 tyś., ludzi w tym samym czasie łączyło swe usta w pocałunku. Po placu krążyli również wolontariusze, którzy oferowali pocałunki dla samotnych. Oprócz bicia nowego rekordu odbył się festyn propagujący hasło „miłość bez przemocy”. W jednej z tamtejszych gazet wyczytałam że 9 na 10 młodych kobiet w Meksyku doświadczyło przemocy fizycznej, seksualnej czy psychicznej. 9 na 10!!!!! Jasna cholera, co za świat!
Podczas imprezy rozdawano ulotki informujące o instytucjach do których można zwrócić się po pomoc. Szczerze mówiąc liczby te (9 na 10!!!!) wydawały mi się grubo przesadzone, myślałam: – do cholery latynosi to typ macho, pewnie i są nieco porywczy, ale, że niby tak napadają na te swoje kobiety, w końcu to niemuzułmański kraj!
Zdziwiłam się widząc na stacjach metra oddzieloną część peronu, gdzie przy wejściu stał policjant z bronią. Część ta była przeznaczona jedynie dla kobiet i dzieci dla ich bezpieczeństwa. Przejazd metrem jest dość tani, więc w godzinach szczytu (16-18) bywa tłoczno. Czasami trzeba przeczekać w tłoku ileś pociągów, ponieważ w wagonach jest taki ścisk. Pewnego dnia trafiliśmy właśnie na takie zagęszczenie, z falą ludzi zostaliśmy wepchnięci do wagonu. Zdawało się, że jest tak ciasno, że można ruszać jedynie ustami, jednak w pewnym momencie poczułam czyjąś rękę na pośladkach. Na początku myślałam, że mi się wydawało, że to przypadek, aż ręka zaczęła ściskać i masować mi tyłek. Z racji tego, że nie mogłam się ruszyć ani nic zrobić i nie znam hiszpańskiego, krzyknęłam do przyjaciół – Halo, ktoś mnie maca po tyłku. Jeden ze znajomych kawałek dalej stał odwrócony do mnie twarzą, ale nic nie mógł dojrzeć w tym ludzkim kłębowisku. Przyjaciel z Meksyku powiedział po hiszpańsku coś nieprzyjemnego, więc natrętna ręką na moment znikła, ale przy wysiadaniu ręka znowu zaatakowała, kiedy dokonałam cudu i odwróciłam się podczas wysiadania, za mną stał niski i gruby Meksykanin. Dumnie uniósł brodę i patrzył mi w oczy, był zupełnie niespłoszony. Jakby wydarzyła się zupełnie normalna rzecz. Tak mnie to zatkało, że nie mogłam wydusić słowa, chociaż parowałam z gniewu.
Zrozumiałam idee festiwalu miłości i szacunku oraz potrzebę oddzielnych wagonów dla kobiet i dzieci.
→ 1 komentarzKategorie: codziennością pisane..
Otagowane: meksyk, metro, rekord guineessa, walentynki
Skok pod palmę
02.03.2009 · Skomentuj
Cudownie wyrwać się z centrum zimy w tropikalne klimaty. Właśnie wróciłam z podróży po Meksyku i Salvadorze. Czuję naładowane baterie słoneczne, jednak nie tryskam energią ponieważ wciąż walczę z jet lagiem. Cholerny z niego stwór i nie zaprzyjaźnimy się nigdy (never say never!).
Z krain tropikalnych przywiozłam parę dobrych przygód, zdjęć i przepisów kulinarnych. Wszystkie notatki skompletowane w notesie z czerwonym serduszkiem na bieżąco będą przenikać na stronę ……….. Abstrakcji.
A właśnie jeśli chodzi o ………… Abstrakcje, to od czasu do czasu myślę sobie o tym wielokropku, a w zasadzie o jego zastępniku. Doszłam do wniosku, chyba to było podczas leżakowania nad basenem w Salvadorze, że słowo określające moje …………Abstrakcje powinno być związane z czynnością, którą czynię najczęściej. Pomijając więc czynności fizjologiczno-higieniczne są to podróże – EUREKA!
Od dzisiaj wielokropek zostaje zmieniony na PODRÓŻUJĄCE.
→ Leave a CommentKategorie: codziennością pisane..
Otagowane: jet lag, meksyk, podróże, salvador
Rybiarka
23.01.2009 · 1 komentarz
Zapragnęłam smaku łososia, toteż wybrałam się do sklepu rybnego „Krewetka”. Sprzedawczyni młoda, dość ładna, brunetka obsługiwała zupełnie bez ochoty, za nic mając wszelakie grzeczności. Nie było: proszę, słucham, dziękuję, a jedynie: Tak? Co podać? Ile? Reszta. Pomyślałam, że dziewczyna jest w bardzo kiepskim humorze albo bardzo nie lubi swojej pracy. Przede mną stało kilka osób, zaczęłam więc przyglądać się sprzedawczyni. Miała na sobie kilka swetrów – pomyślałam, że pewnie nie jest miło pracować cały dzień przy lodówkach. Zapach ryb też nie należy do najprzyjemniejszych. Zapewne niewiele zarabia, ile mogą zarabiać ekspedientki w sklepach rybnych. Rozważałam tak sobie różne kwestie, aż zaczęłam dziewczynie współczuć. Jednakże wiadomo, że kij ma zawsze dwa końce, a ja co najmniej dwie natury, więc zaraz po fali współczucia pojawił się strumień irytacji. Gorsza część mnie zauważyła, niegrzeczne, naburmuszone dziewuszysko, które słało wrogie spojrzenia do klientów, że miało się ochotę rzucić nieuprzejmą uwagę i natychmiast wyjść. Stałam jednak dzielnie w swej kolejce wszak chęć na łososia była wielka. W końcu w sklepie zostałam tylko ja i klientka w czerwonym berecie przede mną. Pani dość wolno dokonywała wyboru, co budziło w sprzedawczyni nie lada zniecierpliwienie. Wywracała oczami, wykrzywiała usta lub też spoglądała na swoje długie, czarne tipsy.
Muszę przyznać, że paznokcie prezentowały się dosyć upiornie w foliowych rękawiczkach, przybrudzonych resztkami ryb.
W pewnym momencie, pomiędzy ważeniem ryb, sklepowa chwyciła metalowy szpikulec nabiła na niego gotowego kotleta, zanurzyła w pojemniku z majonezową sałatką i wpakowała do ust.
Osłupiałam. Przez moment myślałam, że mi się wydawało, jednak resztki majonezu wciąż tkwiły na jej twarzy. Wytarła je szybko rękawem i spojrzała na mnie. Chyba nie spodziewała się, że ktoś patrzył, dlatego kiedy dostrzegła mój wzrok, twarz jej poczerwieniała, a w oczach pojawił się niesympatyczny błysk.
Klientka w czerwonym berecie nadal wpatrywała się w ladę chłodniczą niczego nie zauważyła.
Kiedy nadeszła moja kolej, kupiłam tego wymarzonego łososia i wyszłam, jakkolwiek z mniejszą chęcią na niego.
→ 1 komentarzKategorie: codziennością pisane..
Otagowane: ryba, sklep rybny, sos teriyaki, łosoś
Rodzice
20.01.2009 · Skomentuj
Pewnej niedzieli o nieprzyzwoicie wczesnej porze jechałam tramwajem przez warszawską Wolę. Tak wcześnie nie jestem w stanie nawet czytać, więc gapiłam się tępo przez okno. Usłyszałam rozmowę dwóch dziewczyn. Delikatnie się odwróciłam aby dopasować głosy do twarzy. Zawsze lepiej wiedzieć jak wyglądają osoby, które się podsłuchuje. Dziewczyny rozmawiały o szkole, do której zapewne jechały, o tym że ten i ten, to i to, generalnie pierdu-pierdu. Takie rozkręcanie ośrodków mowy, aby dobrze służyły cały dzień. W końcu jedna zaczęła opowiadać o swoje matce, że matka nie smęcąc wiele da jej pieniądze na warunek. Druga dziewczyna wpadła w zachwyt, że ona nigdy nie mogła liczyć na swoich rodziców i jakby zapytała o kasę na warunek to by ją wyśmiali, że studiuje zaocznie dlatego, że musi pracować żeby się utrzymać i zapłacić za studia. Uprzywilejowana studentka stwierdziła, że to okropne i nigdy by rodzicom nie wybaczyła gdyby jej nie chcieli pomóc, że przecież to ich obowiązek, że dzieci trzeba wspierać. Na to koleżanka powiedziała, że to wcale nie jest oczywistość, że dzieci są wspierane przez rodziców, dlatego powinna czuć wielką wdzięczność dla nich. Pierwsza zasępiła się i powiedziała, że w sumie zawsze to było takie oczywiste, że nigdy o tym nie myślała i że może powinna zrobić coś dla rodziców. Towarzyszka podpowiedziała jej, że może jak stanie już na „swoje nogi” wyśle ich na wakacje, kupi im wycieczkę do miłego miejsca, taka mała rekompensata. Rozmowa toczyła się dalej, ale ja już się z niej wyłączyłam. Temat zainspirował mnie do przemyśleń. Jak to jest z tymi rodzicami. Czy powinni nas wspierać przez cały czas, czy jest to ich obowiązek? Czy powinniśmy za to zapłacić, zadośćuczynić, być nieskończenie wdzięczni? Jak wiele mogą pragnąć w zamian? A może powinniśmy nauczyć się jak najszybciej samodzielności? Stać się niezależnymi, wolnymi. Gdzie jest środek?
→ Leave a CommentKategorie: codziennością pisane..
Otagowane: dzieci, mama, matka, rodzice
Ho Ho Ho!
26.12.2008 · Skomentuj

Święta i po świętach.
Ze świąt najbardziej lubię atmosferę przedświąteczną. Istny wir pożądania, szaleństwo zakupowe, usprawiedliwione zbyt duże wydatki.
Jednak to też zapach gorącego wina z przyprawami, gorąca czekolada, wesoła para z ust, cynamonowe ciasteczka, wisząca jemioła … ach!
W tym roku pozwoliłam porwać się nastrojowi przedświątecznemu bardzo szybko, chyba już w połowie listopada. Na wystawach sklepowych niecierpliwie wypatrywałam pierwszych bombek, złocistych łańcuchów, czerwonych mikołajów. Wytrwale niuchałam nosem szukając zapachu jodły, bo tylko zimą potrafi ona pachnieć tak magicznie.
W tym roku część grudnia spędziłam w Kopenhadze, zaplanowałam to już rok temu. Poprzednie święta spędzałam w Kopenhadze, ale nie zdążyłam nacieszyć się atmosferą przedświąteczną. Dużo czytałam o niezwykłościach które pojawiają się na ulicach duńskiej stolicy w grudniu. Dlatego w tym roku postanowiłam tego doświadczyć.
I cóż to była za frajda!
Duńczycy naprawdę potrafią podkręcić atmosferę przedświąteczną do maksimum.
Już same wystawy sklepowe wprawiały w dobry humor.


Jak co roku na portowej ulicy Nyhavn odbywa się świąteczny jarmark, który trwa przez cały grudzień. Można tu spróbować duńskich frykasów, kupić ozdoby choinkowe, ceramikę, i wiele przeróżnych rzeczy, znakomicie nadających się na prezenty.
W weekendy możemy posłuchać kolęd w wykonaniu duńskich orkiestr, a dla dzieci przygotowywane są specjalne programy rozrywkowe.


→ Leave a CommentKategorie: codziennością pisane..
Otagowane: jarmarki świąteczne, święta




