Mieszkam w przepięknej okolicy w Gdańsku we Wrzeszczu. Kraina domków dzielnicowych z czerwonej cegły, obrośniętych gdzieniegdzie pnącym bluszczem. Kiedy po raz pierwszy zobaczyłam to miejsce wypowiedziałam na głos życzenie, że chciałabym tu mieszkać. Jak to bywa z życzeniami, czasami się spełniają. Po jakimś czasie nadarzyła się okazja i kupiliśmy słodką ruderę, którą przez kolejna lata próbowaliśmy doprowadzić do stanu używalności.
Dziś jest już w niej miło, domowo. Wybudowaliśmy płot, zasialiśmy trawę dookoła i wsadziliśmy parę roślin. Kiedy nastała pora ciepła kupiliśmy stół i dwa krzesła ogrodowe, po czym z książką w jednej ręce, z kawą w drugiej chcieliśmy poleżakować.
Okazało się, że w miłej okolicy mieszkają ludzie, którzy bywają niemili. Nie dla nas, bo my raczej z tych co nie szukają sąsiedzkiej przyjaźni ani zwady. Chamscy, wulgarni dla siebie nawzajem, dla dzieci. W pobliżu naszego wymarzonego „ceglaka” mieszka sporo ubogich, wielodzietnych rodzin. Jedna z nich mieszka za ścianą, przez która na szczęście niewiele słychać. Jednak kiedy siedzimy w ogródku, a sąsiedzi mają pootwierane okna, można nasłuchać się wszelakich odmian słowa: kurwa, chuj, pierdolony, jebana itd. Dorośli do siebie, dorośli do dzieci, dzieci do siebie, dzieci do dorosłych.
Poziom abstrakcji osiągnął punkt kulminacyjny, kiedy siedziałam w ogrodowym zaciszu z tomikiem Gałczyńskiego, aby wiersz wybrać, zrecenzować, a “zza płota” usłyszałam jak młoda matka mówi do swojego – na oko czteroletniego – synka, cytuję: „Zamknij się ty chuju jebany, bo cię zajebię w końcu.” Walnęłam książką o stół, weszłam czym prędzej do domu, trzasnęłam drzwiami i próbowałam uspokoić oddech. Wiedziałam, że coś muszę zrobić.
A co Wy byście zrobili?
Kategorie: codziennością pisane
Akurat dzisiaj zapragnęłam napisać o spostrzeżeniach na temat książki „Powroty nad rozlewiskiem”. Jest to druga książka Małgorzaty Kalicińskiej. Próbę jej przeczytania podjęłam zimą tego roku. Odszukałam wpis na blogu z recenzją „Domu nad rozlewiskiem”, aby odświeżyć swój pogląd z przed roku. Okazało się, że pisałam o tej książce dokładnie rok temu – 11.08.2008. Dzisiaj jest 11.08.2009, a więc najlepszy dzień na podsumowanie całej serii. Piałam z zachwytu nad pierwszą częścią i nie mogłam się doczekać kolejnej.
Do drugiej książki zasiadłam w styczniu. Wszystko miałam zaplanowane, gorąca herbata z sokiem malinowym, gruba bluza, skwierczący kominek. Ja i serdeczna książka na zielonej kanapie. Perfekt!
Wszystkie warunki zostały spełnione, jednak kiedy zaczęłam czytać nie mogłam się w niej roznamiętnić. Treść wydawała mi się banalna, a wątki nazbyt przewidywalne. Zrobiłam chyba z trzy podejścia, po czym nie doczytując nawet do połowy zamieniłam książkę na inną.
Zastanawiałam się nad tym długo. Z czego wynika taka zmiana? Może pierwsza część była zdecydowania lepsza od kolejnej? To się przecież zdarza. Zapytałam znajomych, a w zasadzie znajome, bo książka skierowana jest raczej do kobiet. Czy kolejne części Kalicińskiej są słabsze i większość odpowiedzi, że kolejne książki są równie dobre. A tym którym się nie podobała kolejna część, nie podobała się również pierwsza.
A więc chodzi o mnie.
Od momentu przeczytania pierwszej książki, rzeczywiście dużo się zmieniło. Nie mieszkam już w Kopenhadze, a to pewnie też zabarwia odbiór (raczej odbarwia). W Kopenhadze wszystko zdawało się bardziej przyjazne. Zaczęłam warsztaty literackie w IBL-u w Warszawie. Podczas, których uczeni w literach wyrabiali nasze gusta czytelnicze, podsuwali wciąż nowe odkrycia literackie. Sprawdzali i szlifowali nasze pierwsze płody pisarskie. Po pół roku zajęć i po przeczytaniu góry książek, książek z tzw. literatury wysokiej, okazało się, że nie jestem w stanie przeczytać kolejnej części opowieści z nad rozlewiska.
Mam jednak wątpliwości czy zmiana ta jest pozytywna.
Na pewno dysponuję większą wiedzą o literach i w literach, co jest cenne. Daje to poczucie większej pewności siebie, dzięki której otworzyły się nowe możliwości.
Myślę też o tym, że wiedza ta w pewnym sensie jest ułomnością. Tresowanie się w rozumieniu i przyswajaniu wysokich form literackich powoduje, że zanika umiejętność cieszenia się z rzeczy prostych. Powstaje niezaspokojony apetyt na rzeczy nieprzeciętne, niepospolite, niepowtarzalne, których codzienność nie ma w nadmiarze.
To tak jakby przebywać w przysłowiowej krainie głodnych duchów, które mają gardła jak główka szpilki, a żołądek jak cały świat. Nigdy nie zaspokoją głodu.
Nie mogą zaznać szczęścia, ukojenia, nie cieszą się małymi kęsami, pragną wielkich rzeczy, których nie są w stanie połknąć.
Kategorie: codziennością pisane
Otagowane: IBL, Kalicińska, książki, rozlewisko
“Można być niezawodowym profesjonalistą lub nieprofesjonalnym zawodowcem”
Kategorie: codziennością pisane
Otagowane: Maciej Cisło
Znany poeta opowiedział mniej znanej dziennikarce o domu, który byłby stworzony przez niewidomych. Kształt, aranżacja przestrzeni, wszytko dobrane dzięki zmysłowi czucia. Pomyśl tylko jak miły byłby to dom w dotyku. – Rzekł do niej – jak przyjemny stałby się dla ciała. Ale czy wyglądałby równie przyjemnie? Czy kolory są różne w dotyku? Zamknęłam oczy próbując go sobie wyobrazić, ale trudno to zobaczyć. Łatwiej byłoby doświadczyć.
Kategorie: codziennością pisane
Otagowane: dotyk, niewidomi
Zasłyszane…
Wyobraź sobie jakie piękne byłoby życie, gdyby przybiegało odwrotnie niż dotychczas.
Zaczyna się od tego, że kilku eleganckich gości przynosi cię w skrzyneczce i od razu trafiasz na imprezę.
Żyjesz sobie spokojnie jako starzec w domku i z dnia na dzień stajesz się coraz młodszy.
Pewnego dnia dostajesz odprawę w postaci grubszej gotówki i idziesz do pracy.
Pracujesz jakieś 40 lat i poznajesz uroki życia. Zaczynasz pić coraz więcej alkoholu, coraz częściej chodzisz na imprezy i coraz częściej uprawiasz seks. Jak już masz to opanowane, jesteś gotów żeby trafić na studia, gdzie rozwijasz skrzydła.
Później szkoła średnia i wszystko staje się możliwe. Coraz mniej od ciebie wymagają, masz coraz więcej czasu na zabawę. Robisz się coraz mniejszy, aż trafiasz do brzucha, gdzie pływasz i wypoczywasz przez 9 miesięcy, kompletny relaks.
A potem nagle BĘC – i Twoje życie kończy się orgazmem.
Kategorie: codziennością pisane
Otagowane: ciąża, odwrotność, życie
Pojechałam do Aten starożytne kamienie oglądać. Chciałam pomiędzy nimi spacerować w filozoficznym nastroju. Opalić się nieco w blasku Peryklesa. Dumać nad wiekami i szukać kroków wielkich. Chciałam przysiąść na kamieniu antycznym w cieniu Partenonu. W teatrze Dionizosa pod zamkniętą powieką przywitać Sofoklesa.
I tak pięknie merytorycznie przygotowana wylądowałam w antycznej stolicy.
Z notatkami w dłoni udałam się do strefy upragnionej, a może i błogosławionej.
Aby czytać o historii w miejscu najważniejszym -
na obszarze jej powstawania.
Lecz czym bardziej oczekiwania skrystalizowane tym większy zawód z niepomyślności
Wiem o tym i co z tego kiedy ordnung to podstawa.
Wybrałam się porą nieturystyczną taki mi się wydawał kwiecień. I rzeczywiście turystów ilość symboliczna,
za to utonęłam w powodzi szkolnych wycieczek.
Przekrój młodzieży światowej spontanicznie reprezentował swoje narody. A ja miast się skupić na starożytności, obserwowałam uczestników międzynarodowego zlotu. Przyznam, że z duża uwagą również podsłuchiwałam.
I tak młodzież amerykańska gorąco dyskutowała, że na górze…., po cieżkiej wspinaczce nie ma sklepu z napojami, że nie można skupić się na na niczym kiedy tak chce się pić, było to dla nich oburzające. Tak się żywo przysłuchiwałam, że aż się sama oburzyłam z tego powodu.
Nieopodal młodzież rosyjska siedziała w cieniu starych kamieni. Jedli kanapki, robili zdjęcia sobie wzajemnie, śmiali się rubasznie, piknikowali tak wesoło i głośno, aż od razu zapragnęłam się do nich przyłączyć. Zdawało się mi jednak, że było im bez różnicy gdzie są, byleby by nie przerywać dobrej zabawy.
W pewnym oddaleniu siedziała kolejna grupka. Po twarzach poznałam, że ani to Amerykanie, ani Rosjanie. Bardzo zaciekawiona, podeszłam niby przypadkiem żeby zdjęcia porobić i usłyszałam język niemiecki. Siedzieli na kamiennej ławie w zwartej grupie. Dziewczyna z blond grzywką czytała tekst po niemiecku i co chwilę wskazywała dłonią różne budowle. Reszta grupy notowała, podnosząc głowy znad kartek i jak na komendę wodzili wzrokiem we wskazanym kierunku.
Jeszcze sporo było młodzieży z różnych części świata, ale po chwili wyrwałam się z socjologicznych rozmyślań i próbowałam choć na moment pomyśleć o Spartanach i ucztach na Olimpie.
Kategorie: podróże
Otagowane: akropol, Ateny
Walentynki 2009 spędziłam w Mexico City. Okazało się, że tego dnia na największym placu w centrum był ustanawiany nowy rekord Guinnessa. Prawie 40 tyś., ludzi w tym samym czasie łączyło swe usta w pocałunku. Po placu krążyli również wolontariusze, którzy oferowali pocałunki dla samotnych. Oprócz bicia nowego rekordu odbył się festyn propagujący hasło „miłość bez przemocy”. W jednej z tamtejszych gazet wyczytałam że 9 na 10 młodych kobiet w Meksyku doświadczyło przemocy fizycznej, seksualnej czy psychicznej. 9 na 10!!!!! Jasna cholera, co za świat!
Podczas imprezy rozdawano ulotki informujące o instytucjach do których można zwrócić się po pomoc. Szczerze mówiąc liczby te (9 na 10!!!!) wydawały mi się grubo przesadzone, myślałam: – do cholery latynosi to typ macho, pewnie i są nieco porywczy, ale, że niby tak napadają na te swoje kobiety, w końcu to niemuzułmański kraj!
Zdziwiłam się widząc na stacjach metra oddzieloną część peronu, gdzie przy wejściu stał policjant z bronią. Część ta była przeznaczona jedynie dla kobiet i dzieci dla ich bezpieczeństwa. Przejazd metrem jest dość tani, więc w godzinach szczytu (16-18) bywa tłoczno. Czasami trzeba przeczekać w tłoku ileś pociągów, ponieważ w wagonach jest taki ścisk. Pewnego dnia trafiliśmy właśnie na takie zagęszczenie, z falą ludzi zostaliśmy wepchnięci do wagonu. Zdawało się, że jest tak ciasno, że można ruszać jedynie ustami, jednak w pewnym momencie poczułam czyjąś rękę na pośladkach. Na początku myślałam, że mi się wydawało, że to przypadek, aż ręka zaczęła ściskać i masować mi tyłek. Z racji tego, że nie mogłam się ruszyć ani nic zrobić i nie znam hiszpańskiego, krzyknęłam do przyjaciół – Halo, ktoś mnie maca po tyłku. Jeden ze znajomych kawałek dalej stał odwrócony do mnie twarzą, ale nic nie mógł dojrzeć w tym ludzkim kłębowisku. Przyjaciel z Meksyku powiedział po hiszpańsku coś nieprzyjemnego, więc natrętna ręką na moment znikła, ale przy wysiadaniu ręka znowu zaatakowała, kiedy dokonałam cudu i odwróciłam się podczas wysiadania, za mną stał niski i gruby Meksykanin. Dumnie uniósł brodę i patrzył mi w oczy, był zupełnie niespłoszony. Jakby wydarzyła się zupełnie normalna rzecz. Tak mnie to zatkało, że nie mogłam wydusić słowa, chociaż parowałam z gniewu.
Zrozumiałam idee festiwalu miłości i szacunku oraz potrzebę oddzielnych wagonów dla kobiet i dzieci.
Kategorie: codziennością pisane
Otagowane: meksyk, metro, rekord guineessa, walentynki
Jak dobrze wyrwać się z centrum zimy w tropikalne klimaty. Właśnie wróciłam z podróży po Meksyku i Salvadorze. Czuję naładowane słońcem baterie, jednak nie tryskam energią, ponieważ wciąż walczę z jet lagiem. Cholerny z niego stwór i nie zaprzyjaźnimy się nigdy (never say never!).
Z krain tropikalnych przywiozłam klasycznie przygody, zdjęcia i przepisy kulinarne. Wszystkie notatki skompletowane w notesie opatrzonym czerwonym sercem, na bieżąco będą przenikać na stronę ……….. Abstrakcji.
A właśnie jeśli chodzi o ………… Abstrakcje, to od czasu do czasu myślę sobie o tym wielokropku, a w zasadzie o jego zastępniku. Doszłam do wniosku, chyba to było podczas leżakowania nad basenem w Salvadorze, że słowo określające moje …………Abstrakcje powinno być związane z czynnością, którą czynię najczęściej. Pomijając więc czynności fizjologiczno-higieniczne są to – podróże – EUREKA!
Od dzisiaj wielokropek zostaje zmieniony na PODRÓŻUJĄCE.
Kategorie: codziennością pisane
Otagowane: jet lag, meksyk, salvador, podróże
Kiedy dużo podróżujesz po pewnym czasie ustala się lista rzeczy niezbędnych. Bez wątpienia każdy ma swoją listę priorytetów, zależną od wielu czynników: gdzie jedziesz, czym, na jak długo, jak dużo bagażu możesz zabrać itd.
Lubię mieć przy sobie wiele rzeczy przydatnych w różnych sytuacjach. Niektóre rzeczy bez względu na rodzaj i długość wyprawy zawsze mam zapakowane w małej kieszonce kabinówki. Jest to kilka torebek czarnej ulubionej herbaty, kilka produktów higienicznych dla kobiet, wykałaczka , pilniczek do paznokci (plastikowy lub papierowy) i grzebień. Te gadżety zawsze są w mojej walizce i nie ma znaczenia czy będę miała jedynie bagaż podręczny czy będę nadawała jest to dla mnie zestaw podstawowy, z którego wielokrotnie skorzystałam.
Nie ruszam się też bez podręcznej apteczko-kosmetyczki, która również ma stały zestaw: tabletki przeciwbólowe, aspiryna, plaster opatrunkowy, tabletki od bólu gardła, podstawowy antybiotyk, leki na biegunkę, Nospa. Skład i wielkość apteczki również jest związana z rodzajem podróży i jej długością.
Latanie bez bagażu (mam na myśli jedynie walizkę podręczną max 8 kg) bardzo oszczędza czas.
Stąd też zawsze mam gotowy specjalny woreczek z kosmetykami, który mogę zabrać ze sobą na pokład samolotu. Krem na dzień, na noc, płyn do mycia twarzy, balsam do ciała, żel pod prysznic, szampon, podkład, tusz do rzęs i błyszczyk, wszystko w odpowiednich opakowaniach do 100 ml. Firmy kosmetyczne szybko odpowiedziały na nowe zasady obowiązujące na lotniskach, związanych z przewożeniem płynów. Dlatego w sklepach w strefie bezcłowej można kupić wszystkie kosmetyki w wersji mini.
Niekiedy mam pełny bagaż (do 20 kg), który nadaję i wtedy sobie folguję. Zabieram piankę i lakier do włosów, lakier do paznokci, koniecznie cążki do paznokci, suszarkę i wiele innych rzeczy. Jednakże nie zabieram zbyt dużo ciuchów. Mam wiele rzeczy, które są wielofunkcyjne, to po pierwsze, a po drugie warto zostawić trochę miejsca na nowe rzeczy, które zawsze pojawiają się podczas wyjazdu.
Kategorie: codziennością pisane
Otagowane: kabinówka, kosmetyki, lista podróżna, lotnisko, podróż, przepisy
Zapragnęłam smaku łososia. Wybrałam się, więc do sklepu rybnego „Krewetka”. Sprzedawczyni młoda, dość ładna, brunetka obsługiwała zupełnie znużona, za nic mając wszelakie uprzejmości. Nie było: proszę, słucham, dziękuję, a jedynie: Tak? Co podać? Ile? Reszta. Pomyślałam, że musi być w kiepskim humorze albo bardzo nie lubi swojej pracy. Przede mną stało kilka osób, zaczęłam więc przyglądać się sprzedawczyni. Miała na sobie kilka swetrów – pomyślałam, że pewnie nie jest miło pracować cały dzień przy lodówkach. Zapach ryb też nie należy do najprzyjemniejszych. Zapewne niewiele zarabia, ile mogą zarabiać ekspedientki w sklepach rybnych? Rozważałam tak sobie różne kwestie, aż zaczęłam dziewczynie współczuć. Jednakże wiadomo, że kij ma zawsze dwa końce, a ja co najmniej dwie natury, więc zaraz po fali współczucia pojawił się strumień irytacji. Gorsza część mnie zauważyła, niegrzeczne, naburmuszone dziewuszysko, które słało wrogie spojrzenia do klientów. Miałam ochotę rzucić nieuprzejmą uwagę i natychmiast wyjść. Stałam jednak dzielnie w swej kolejce wszak chęć na łososia była wielka. W końcu w sklepie zostałam tylko ja i klientka w czerwonym berecie przede mną. Pani dość wolno dokonywała wyboru, co budziło w sprzedawczyni nie lada zniecierpliwienie. Wywracała oczami, wykrzywiała usta lub też spoglądała na swoje długie, czarne tipsy.
Muszę przyznać, że paznokcie prezentowały się dosyć upiornie w foliowych rękawiczkach, przybrudzonych resztkami ryb.
W pewnym momencie, pomiędzy ważeniem ryb, sklepowa chwyciła metalowy szpikulec nabiła na niego gotowego kotleta, zanurzyła w pojemniku z majonezową sałatką i wpakowała do ust.
Osłupiałam. Przez moment myślałam, że mi się wydawało, jednak resztki majonezu wciąż tkwiły na jej twarzy. Wytarła je szybko rękawem i spojrzała na mnie. Chyba nie spodziewała się, że ktoś patrzył, dlatego kiedy dostrzegła mój wzrok, twarz jej poczerwieniała, a w oczach pojawił się niesympatyczny błysk.
Klientka w czerwonym berecie nadal wpatrywała się w ladę chłodniczą, niczego nie zauważyła.
Kiedy nadeszła moja kolej, kupiłam tego wymarzonego łososia i wyszłam, jakkolwiek z mniejszą chęcią na niego.
Kategorie: codziennością pisane
Otagowane: ryba, sklep rybny, sos teriyaki, łosoś