Jednak Kopenhaga… a więc z przyjemnością spędzę tu trochę czasu.
Przyznam szczerze, że Kopenhaga nie rzuciła mnie na kolana przy pierwszym spotkaniu, ale przy drugim zakochałam się bez pamięci.
Do pierwszego wyjazdu przygotowywałam się solidnie, czytając przewodniki i skróty historyczne ażeby wiedzieć chociaż słówko o miejscach, które zobaczę, o ludziach, których spotkam.
Czytałam tak więc napełniając się wyobrażeniami oczekiwaniami.
Pomyślałam właśnie, że mocno funkcjonuję w schematach (a podobno ci najbardziej inteligentni funkcjonują poza schematami?!).
Miałam to szczęście odwiedzić parę miejsc na świecie i wiem, że nie warto budować koncepcji na ten temat miejsca do którego zmierzasz bo zwykle w realu i tak jest inaczej.
Więc.. wyobrażałam sobie Kopenhagę (a jednak schemat) jako miejsce raczej bajkowe z mnóstwem ceglanych, odrestaurowanych kamienic, domków drewnianych, parków i ulic czyściutkich, słodkich, kolorowych..
I za pierwszym razem wszystko było nie tak.
Kamienice stylowe owszem, ale w wielu miejscach mocno kąśnięte zębem czasu, a niektóre kolory elewacji budynków… no cóż.. aż chciałoby się zaśpiewać: „..kolorowe jarmarki..”
Krocząc prastarym brukiem w centrum już prawie dałam się porwać historycznym uniesieniom, ale zamiast tego musiałam dość mocno uważać żeby nie wdepnąć w psie odchody.
I jeszcze do tego ciągle trzeba było kręcić głową dookoła żeby nie wpaść pod koła rowerów wszędobylskich. (no i kto to słyszał żeby w grudniu jeździć na rowerze?!)
A za drugim razem….
Już trochę wolniej na oddechu głębszym. Te same miejsca, a jednak inaczej. Zobaczyłam znowu te kamienice o przykurzonych cegłach i odkryłam, że wyglądają czarownie, że nie potrzeba im żadnej nowej elewacji bo i po co? i dla kogo? żeby na pokaz?
No i co z tego że czasami na chodniku leży psia kupa, jakie to wspaniałe, że ludzie mają zwierzaki, jak dużo ich na ulicach, wesoło kroczących na smyczach kolorowych. Wnet zauważyłam, że z psimi odchodami to też bez dramatu, bo co wieczór przyjeżdza wóz porządkowy (znaczy się śmieciarka) i wszystko niepotrzebne znika.
A cóż za niezwykła przypadłość niczym cecha narodowa, całe miasto w zdrowiu na rowerach kroczy. Na rowerach dużych, małych, białych, różowych, czarnych w białe kwiaty, żółtych w groszki, migdałowych w plamki… Fantazji tu co nie miara.
Do rowerów tych sprzęty najróżniejsze przymocowane. Koszyk z przodu to podstawa, ale rodzaj kosza to kolejna zabawa.
Zmyślnie do rowerów różne sprzęty doczepione. A to krzesełka w których pociechy wożą, wózki co w nich transportują wszystko, a to znowu do roweru mały rower z tyłu doczepiony gdzie dziecko pierwsze swe rowerowe doświadczenia osiąga.
Nawet gdy zacina wrednie i mroźnie oni dalej na rowerach, twarze rześko zaczerwienione, para wesoło bucha z ust i pedałują niestrudzenie dalej hej ho!
Czy wy sobie wyobrażacie, że tu nie ma grubasów?





2 odpowiedzi jak dotąd ↓
agapiotr // 27.06.2008 @ 18:15 |
Tośka // 14.08.2008 @ 9:44 |
Nie ma? Ach,,,,