Bo naprawdę jestem pod jego urokiem. Wiedziałam, że twórca Akademii musi mieć choć trochę z samego Pana Kleksa, że musi mieć serce niezwykłe i kochające.
Tak dobrze mi się czytało ”Akademię Brzechwy”, że w trakcie zaczęłam czytać trzy inne książki w obawie żeby nie skończyć za szybko. W końcu pomyślałam: a co tam, zawsze mogę przeczytać jeszcze raz. I rzeczywiście po raz kolejny czytam poszczególne fragmenty.
W tak niezwykły sposób mówią o Brzechwie jego przyjaciele i współpracownicy. Wiem, że część historii jest pewnie lekko podkolorowana z racji pośmiertnych wspomnień o autorze, a jak wiemy, o zmarłych nie powinno mówić się źle. Nie wierzę jednak, żeby tak wielu ludzi wspominało go tak ciepło i wesoło, jeśli byłoby inaczej.
Weźmy np. wspomnienia S.R Dobrowolskiego:
A był Brzechwa po kres swych dni człowiekiem niezwykłego uroku, wręcz uwodzicielskiego (…) Towarzyski, umiał i lubił pobiesiadować (skłonny jestem myśleć, że poznałem go (…) w którejś z knajp warszawskich, chętnie uczęszczanych przez stołeczne środowisko arystyczno-literackie (…).
No, a godzi się tu chyba nadmienić, że Brzechwa miał szczęście do pieniądza. I co bodajże ważniejsze – umiał go pięknie tracić. Bo zdobywać pieniądze potrafią ostatni durnie, ale mądrze je tracić – mało kto (…).
Gdy podczas którychś z rzędu wyborów władz ZAIKS-u byliśmy rywalami do stanowiska prezesa stowarzyszenia, a rywalizowaliśmy tylko dlatego, że Brzechwa był przekonany, iż nie będę kandydował, i kiedy odniósł nade mną zwycięstwo zaledwie sześcioma głosami na walnym zebraniu członków, z wielkim trudem dało się go namówić do przyjęcia mandatu. To nie mało o nim mówi o jego charakterze i jego obyczajach. Najwyższy czas, by wreszcie najprościej powiedzieć, że cechowała go rzadko spotykana szlachetność serca i umysłu.”
Albo Józefa Kuropieskiego:
„Pod koniec rozmowy wręczył mi gotówką pięćset złotych dodając, że kawa kosztuje pięć złotych, a szatnia dwa, oraz czek na dziewięć tysięcy złotych, z tłumaczeniem, że nie może mi dać więcej, bo ma w tej chwili na rachunku wszystkiego około dziesięciu tysięcy. (…) Przyznaję, że byłem olśniony – i mocno zakłopotany. Wziąłem bez słowa.”
Antoni Marionowicz wspomina o artystycznych upodobaniach i nawykach Brzechwy:
„Okularów używał wyłącznie do czytania – były to okulary w grubej, czarnej oprawce, których szczerze mu zazdrościłem.
Na równi z pięknymi kobietami uwielbiał piękne przedmioty: notesy, zapalniczki czy pióra. Pisał zawsze ręką, drobnym czytelnym pismem (…), na doskonałym papierze małego formatu, który przywoził sobie z Francji. Nie tolerował żadnych skreśleń (…). Nie był pedantem, ale estetą; nie znosił w rzeczach ani w ludziach niechlujstwa i bylejakości.
Stanowił zawsze centrum uwagi, czuło się, że jest kimś. Sprawdziliśmy na zasadzie wielokrotnie ponawianych eksperymentów, że choćby ucztował w gronie kilkunastu osób, kelner podchodził z rachunkiem zawsze i nieomylnie tylko do niego (nieomylnie, bo rzadko komu udawało się sięgnąć do portfela w jego obecności).
(…) Ale miał czas na wszystko: pisał książki, współpracował z prasą, spotykał się z czytelnikami (a zwłaszcza czytelniczkami), uczestniczył w posiedzeniach ZLP i ZAIKS-u, grywał namiętnie w karty, prowadził intensywne życie towarzyskie, podróżował… A wszystko to robił z nieporównywalnym wdziękiem i elegancją, w aurze bezustannego powodzenia.”
Czy doświadczyliście kiedyś uczucia, że jesteście „w aurze bezustannego powodzenia”?
Bezsprzecznie niezwykłe!
Tak go odbierali przyjaciele, ale ciekawam czy On też tak doświdczał świata?
Często zdarza się jednak, że to jak nas odbierają i widzą inni ludzie, nie do końca zgadza się z tym jak my widzimy samych siebie, jak odbieramy świat naprawdę.
Czytając książkę zastanawiałam się również nad postawą Brzechwy. Bardzo dużo pracował, wciąż komuś pomagał, finansowo, mentalnie, jakkolwiek jednak ciągle był pogodny i serdeczny.
Jeśli naprawdę lubisz ludzi to bycie otwartym i szczodrym w stosunku do nich nie jest trudne.
Nawet nasze samolubne ego znajdzie kąsek dla siebie: Bo oto JA jestem przyczyną czyjegoś szczęścia. Czyż nie jestem wspaniały?
No bo czy znasz melodię słodszą od ludzkiego, serdecznego śmiechu?
Od dźwięku tego można się uzależnić.
Ale czy to już wystarczy aby czuć się dobrym człowiekiem?
Często jest też tak, że ludzie szybko przyzwyczają się do pomocy i często ta pomoc jest w końcu natrętnie oczekiwana.
Zaczynasz wtedy odczuwać presję, że coś powinieneś, że coś musisz, a to już bywa nadzwyczaj irytujące bo nikt (normalny?!) przecież nie lubi musieć.
Zawsze lepiej jest chcieć, mieć wybór, móc samemu decydować.
Więc tak sobie czytałam i myślałam o tym moim bajkopisarzu ulubionym.
Czy on nie czuł czasem, że coś musi, bo tego od niego oczekują inni?
Czy nie chciał czasem uciec od wciąż otaczających go ludzi?
Czy on jednak był tak wspaniale nieludzki, że oddawać się innym potrafił bez reszty?
Aż tu natrafiam na kolejną wspominkę Marianowicza:
„Bezgranicznie życzliwy ludziom, Brzechwa nagabywany był bez przerwy przez dziesiątki petentów i petentek. Niektórzy rozzuchwalili się do tego stopnia, że mieli mu za złe, jeśli zajmował się swoimi własnymi, a nie ich sprawami. Toteż Janek od czasu do czasu wpadał w furię i zapowiadał, że już nigdy nie kiwnie palcem w niczyjej sprawie. Wyrazem takiego właśnie nastroju był wiersz „Bunt anioła”, kończący się słowami:
Wił się nasz anioł jak mucha w smole,
Wreszcie miał dość. Zdjął aureolę,
Na złom ją oddał, zaklął złowrogo
I tupnął gniewnie anielską nogą.
Potem na balkon wyszedł i wołał:
„Skończył się anioł! Nie ma anioła!
——————————————–
Do diabła wszystko! Diabeł ma rację!
Zwracam anielską legitymację!”
Zachwyciłam się całkowicie. Wspaniały, a jednak człowiek. Po czym Marianowicz dodał:
„A zaraz po napisaniu tego wierszyka znowu doradzał, załatwiał i pożyczał ludziom pieniądze na wieczne oddanie.”
W tej książce jeszcze wielu ludzi opowiedziało zabawne i wzruszające historie o autorze bajkowej Akademii, ale nie tylko. Widzimy również klimat odradzającej się artystycznej Polski po II wojnie światowej.
Książka tchnie serdecznością i inspiracją. Ukazuje ludzi, którzy nie mieli nic, a tworzyli.
Ludzi, którzy byli i wciąż są.
A czy MY będziemy?
Na podstawie książki: „Akademia Pana Brzechwy” – Wspomnienia o Janie Brzechwie pod redakcją Antoniego Marianowicza.





0 odpowiedzi jak dotąd ↓
Nie ma jeszcze komentarzy... Zacznij porywającą dyskusję, wypełniając formularz poniżej.