Barcelona

Dzień kobiet, godz. 11.55 Starbucks w centrum, w tle Peter Gabriel. Kanapka z hiszpańską szynką zapijana gorącą caffee latte grande. Biały komp na kolanach, szybkość sieci dobra. Na pulpicie praca i twórczość Pabla Picassa. Za oknem siąpi deszcz od rana z tą samą kapuśniakową intensywnością, ale tu w środku na granatowym fotelu tak dobrze.

Mokra ulica zapełniona kolorowymi parasolkami. Jak rozpoznać tych mieszkańców od turystów? Może turyści to ci co pomimo deszczu chodzą wolno?

Przyjechała ekipa panów w niebieskich kombinezonach. Rozkładają drabinę, wyciągają narzędzia. Gruby Hiszpan w błyszczących kolczykach wchodzi po drabinie i wymienia żarówki. Śpiewa pod nosem, drugi podtrzymuje drabinę i też coś nudzi niby w rytm piosenki Gabriela. Trzeci zaparł się pod boki i od czasu do czasu śmiesznie kręci zadkiem. Czy jest tego świadomy?

Przez ulicę przejeżdża mały samochód czyszczący ulicę okrągłą szczotą. Pan z samochodziku zamachał z uśmiechem, odmachałam z uśmiechem.

Picasso powiedział, że maluje co widzi, a ja zobaczę co on widział.

Falstart – Museu Picasso de Barcelona w poniedziałki nieczynne. Nie ma szans na spacer do Casa Batllo (jedna z kamienic zaprojektowana przez Gaudiego), ponieważ kapuśniak przeistoczył się w śnieżną zawieruchę. Mokro, ślizgo, wieje. A miała to być ucieczka przed niekończącą się polską zimą – ugh!

W gotyckiej dzielnicy czerwone wino i gorąca pealla (ryż z warzywami i owocami morza). Kurtki przeschły, w głowie szumi, uśmiech powrócił, dalej w drogę.

Śnieżyca nie odpuszcza, wymarznięci dotarliśmy do Place Catalunya, ukryliśmy się w centrum El Corte Ingles, w pięknej krainie dóbr doczesnych. Pomimo wielu pięter wspaniałości, schodzonych kilometrów między wieszakami i półkami, połów nieudany i nie wiadomo czy to przez tą psią pogodę czy węża w kieszeni.

Kolejna próba walki z aurą, znowu zupełnie mokrzy, z chlupiącą wodą w butach schroniliśmy się w jednej z restaurantes przy La Rambla. Gorąca herbata, patatas bravas (opiekane ziemniaczki z pikantnym sosem) i wielkie okno z widokiem na ulicę.

Barcelończycy wyglądają na zupełnie zaskoczonych pogodą, co rusz spoglądają w niebo na padającą śnieżną lawinę i cieszą się, jeden z miejscowych powiedział, że ostatni raz padał śnieg z osiem lat temu.

A nas to jakoś nie bawi.

Ten dzień należało zakończyć gorącym prysznicem, ciepłym kocem, wspaniałym winem MARQVES DE RISCAL Rioja 2004, szynką SERRANO i ostrym chorizo.

Fatalna pogada nie odebrało Barcelonie uroku, więc trzeba wrócić kiedy aura będzie bardziej przychylna.

Dodaj komentarz

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Zmień )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Zmień )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Zmień )

Connecting to %s