Podróżujące Abstrakcje

Wejście skategoryzowane jako ‘podróże’

Ateny 2009

18.06.2009 · Dodaj komentarz

Pojechałam do Aten starożytne kamienie oglądać. Chciałam pomiędzy nimi spacerować w filozoficznym nastroju. Opalić się nieco w blasku Peryklesa. Dumać nad wiekami i szukać kroków wielkich. Chciałam przysiąść na kamieniu antycznym w cieniu Partenonu. W teatrze Dionizosa pod zamkniętą powieką przywitać Sofoklesa.
I tak pięknie merytorycznie przygotowana wylądowałam w antycznej stolicy.
Z notatkami w dłoni udałam się do strefy upragnionej, a może i błogosławionej.
Aby czytać o historii w miejscu najważniejszym -
na obszarze jej powstawania.

Lecz czym bardziej oczekiwania skrystalizowane tym większy zawód z niepomyślności
Wiem o tym i co z tego kiedy ordnung to podstawa.

Wybrałam się porą nieturystyczną taki mi się wydawał kwiecień. I rzeczywiście turystów ilość symboliczna,
za to utonęłam w powodzi szkolnych wycieczek.

Przekrój młodzieży światowej spontanicznie reprezentował swoje narody. A ja miast się skupić na starożytności, obserwowałam uczestników międzynarodowego zlotu. Przyznam, że z duża uwagą również podsłuchiwałam.
I tak młodzież amerykańska gorąco dyskutowała, że na górze…., po cieżkiej wspinaczce nie ma sklepu z napojami, że nie można skupić się na na niczym kiedy tak chce się pić, było to dla nich oburzające. Tak się żywo przysłuchiwałam, że aż się sama oburzyłam z tego powodu.
Nieopodal młodzież rosyjska siedziała w cieniu starych kamieni. Jedli kanapki, robili zdjęcia sobie wzajemnie, śmiali się rubasznie, piknikowali tak wesoło i głośno, aż od razu zapragnęłam się do nich przyłączyć. Zdawało się mi jednak, że było im bez różnicy gdzie są, byleby by nie przerywać dobrej zabawy.
W pewnym oddaleniu siedziała kolejna grupka. Po twarzach poznałam, że ani to Amerykanie, ani Rosjanie. Bardzo zaciekawiona, podeszłam niby przypadkiem żeby zdjęcia porobić i usłyszałam język niemiecki. Siedzieli na kamiennej ławie w zwartej grupie. Dziewczyna z blond grzywką czytała tekst po niemiecku i co chwilę wskazywała dłonią różne budowle. Reszta grupy notowała, podnosząc głowy znad kartek i jak na komendę wodzili wzrokiem we wskazanym kierunku.

Jeszcze sporo było młodzieży z różnych części świata, ale po chwili wyrwałam się z socjologicznych rozmyślań i próbowałam choć na moment pomyśleć o Spartanach i ucztach na Olimpie.

Kategorie: podróże
Otagowane: ,

Bułgaria 2008 cz.I

05.12.2008 · Dodaj komentarz

Jeśli pragniesz przypomnieć sobie jak wyglądała Polska na przełomie lat 80/90 to wybierz się koniecznie na wczasy do Bułgarii.
Byliśmy w Varnie, gdzie przywitał nas obraz wielkich, obdrapanych blokowisk z pożółkłymi pieluchami tetrowymi na balkonach. Sklepy w stylu poczciwego PSS Społem. Na ulicach wciąż można spotkać tarpany, moskwicze i wołgi. Na przydomowych ogródkach i podwórkach góry śmieci, odłożone pewnie w nadziei, że jeszcze mogą się przydać kiedyś. Rozpoczęte budowy uszczknięte zębem czasu w oczekiwaniu na dokończenie.
Trzeba przygotować się na rzeczywistość z przymrożeniem oka.
Ot chociażby akcja z pewnej restauracji. Restauracja w stylu wiejskiej chaty. Miłe wnętrze, nie najniższe ceny, ale co tam. Mieliśmy już bagaż kiepskich doświadczeń z bułgarską kuchnią, więc daliśmy się ponieść pozytywnej fali, że oto pańska uczta nas w końcu czeka.
Tak bardzo zwiodło nas otoczenie i głód, że zanim dostaliśmy jedzenie, już przysięgliśmy sobie, że od teraz to już tylko tu będziemy jeść.
Uczyli za dziecka, żeby nie oceniać po pozorach, a nauka jak krew w piach.
Po długich oczekiwaniach otrzymaliśmy pól surowe frytki usmażone na oleju chyba z epoki średniowiecza, a zamiast zamówionej cielęciny otrzymałam wieprzową szynkę na ciepło.
Kiedy wyraziłam swoje niezadowolenie, oburzony kelner próbował wcisnąć mi, że to jest wołowina, tylko specjalna część krowy, a ja jestem głupia i się nie znam.
W miarę spokojnie poprosiłam, żeby nie robił mnie w balona, więc rozeźlony zawołał panią menadżer, która kontynuowała ten sam wątek, że to świeżutka wołowina, nie ma mowy o pomyłce.
Walczyliśmy jak lwy o swą rację, więc pani menadżer w końcu z obrażoną miną zabrała talerz.
Kiedy poprosiliśmy o rachunek przysłali wielkiego jak dąb kelnera.
Kelner, który nas obsługiwał do tej pory miał chyba nazbyt mało imponującą posturę.
Zapłaciliśmy należność, oczywiście nie płacąc za „wieprzową cielęcinę”, której uprzejmie nie umieścili na rachunku. Wielki Dąb przybył po gotówkę policzył przy nas i powiedział łamanym rosyjsko-angielskim:
- Jeszczio serwis ten procent.
To nas rozbawiło prawie do łez (rozpaczy).
Powiedzieliśmy zgodnym chórem, że serwisu nie ma. Zrobił złą minę i poszedł.
Kiedy wychodziliśmy z restauracji cała obsługa rozpierzchła się po kątach, a ci którzy nie zdążyli stanęli przy barze odwracając się do nas tyłem.
Nie lubię zostawiać po sobie kwasu, czy też atmosfery o zapachu zepsutego jajka, więc skierowałam się do pani menadżer (która również jakoś przypadkiem była tyłem) w celu przekazania słów wyjaśniająco-pojednawczych.
Zaczęłam wątek, że nie chcieliśmy robić kłopotu, ale, nie jesteśmy głupi i że to nie było fair, no, ale, trudno pomyłki się zdarzają. Jednak pani menadżer była twarda i znowu swoje, że to była specjalna cześć krowy, rysując w powietrzu – chyba krowę. Niegrzecznie przerwałam jej w połowie zdania i rysunku. W akcie głębokiej desperacji skłamałam:
- Jestem właścicielką restauracji! (w wersji ang.)
Pani zamilkła, otworzyła szeroko oczy, zatrzepotała tłustymi od tuszu rzęsami, przysłoniła usta dłonią i powiedziała:
- Ajm sori – I oddaliła się czym prędzej.

Kategorie: podróże
Otagowane: , ,

Hongkong 2008

14.08.2008 · Dodaj komentarz

 

Kiedy samolot obniżał lot nad Hongkongiem, klasycznie nos miałam przyklejony do okna.

Widziałam wodę z której wystawało mnóstwo małych, skalnych wysepek.

 Nie miałam wątpliwości, która z wysp jest moim miejscem docelowym. Oto mym oczom ukazał się obraz wyspy, która wyglądała jakby ktoś z wielką premedytacją próbował ją całą zabetonować, a proces ów był nadal w toku. Ogromne betonowe wieżowce dumnie prostowały się ku niebu, a dookoła nowo powstające budynki w towarzystwie wielu dźwigów budowlanych. 

Poczułam ciężar wielkomiejskiej infrastruktury .

Betonowa dżungla – takie miałam pierwsze wrażenie. 

Spodziewałam się również przyjemnie wysokiej temperatury, ale niestety. W lutym w Hongkongu jest około 13-20 stopni C (z naciskiem raczej na 13 stopni), często pada i dość nieprzyjemnie zawiewa. Jeśli więc planujecie wybrać się do HK w tym okresie dobrze jest mieć cieplejsze ubrania. Nie ma też co się zbytnio stresować co ze sobą zabrać bo HK to w końcu zakupowa stolica świata.

Tak na marginesie i subiektywnie, jeśli naprawdę jest gorąco, a do tego jest wysoka wilgotność powietrza (np. Singapur, Bangkok) to jedyna sensowna opcja to leżenie na piaseczku w otoczeniu wodnego błękitu, ponieważ zwiedzanie lub inne aktywności turystyczne potrafią poważnie umęczyć. Człowiek dyszy, sapie przy każdym kroku i marzy żeby już się znaleźć w klimatyzowanym miejscu. Z drugiej strony to też bywa ciekawe bo zawsze można sprawdzić swoje granice, a może je nawet odrobinę poszerzyć.

Powracając do Hongkongu….

To najszybsze, najbardziej barwne i głośne miejsce jakie dotąd widziałam.

Nie opuszczało mnie wrażenie, że to miasto nigdy nie zasypia, szczególnie jego najbarwniejsza dzielnica Mongkok. Ulice na tej dzielnicy były zapchane ludźmi od bardzo wczesnego ranka do późnej nocy. Można tu kupić absolutnie wszystko. Począwszy od wysokiej klasy sprzętu komputerowego, fotograficznego po najbardziej poszukiwane marki ciuchów, butów i cokolwiek jeszcze można sobie wymyślić. 

To jest istny zakupowy raj.

Związane jest to przede wszystkim z ceną, która na dobry początek jest o połowę niższa niż w Europie, a do tego zawsze można się trochę jeszcze potargować. Niestety nie ma co liczyć na duże rabaty w stosunku do ceny wyjściowej (2% – 3%), za to można zyskać dodatkową kartę pamięci czy baterię, etui do kompa czy torbę do aparatu itd. Sklepy prześcigają się w bonusach aby przyciągnąć klienta, więc warto się przejść po paru sklepach i sprawdzić ofertę. Ceny sprzętu (komputerowego i fotograficznego) w różnych sklepach są podobne, ale często sklepy organizują promocję, że danego dnia, czy w danym miesiącu jest cena 50% niższa. Dzięki temu można zakupić sprzęt w super cenie. 

Po HK najlepiej poruszać się metrem. Można kupić kartę na pewną ilość przejazdów, a później można ją doładowywać. W każdym momencie taką kartę można oddać i otrzymać pieniądze z powrotem. 

Przy wejściach do metra, za bramkami są stanowiska komputerowe i darmowy internet.

Mam znajomą, która wielokrotnie była w HK i przed wyjazdem udzieliła mi cennych wskazówek. Pamiętam, jak wspomniała, że HK to monster zakupowy i można robić zakupy bez końca, dlatego warto pobyt w HK przeplatać wypadami za „miasto”. W otoczeniu HK jest mnóstwo ciekawych wysp na których można odnaleźć trochę spokoju i odkryć magiczne miejsca. Na wyspy pływają statki, małe promy. Mogą to być wypady jednodniowe, na parę godzin lub na np. weekend. Można o wyspach i ich atrakcjach poczytać w przewodnikach i skonsultować w informacjach turystycznych na miejscu. Został mi polecony bardzo dobry punkt informacji turystycznej w Tsim Sha Tsui, gdzie obsługa mówi po angielsku i pomagają zaplanować każdą wycieczkę. Info mieści się w budynku przystani Star Ferry na końcu Salisbury Road.
Nam udało się zrobić dwudniowy wypad do Macau. Przystań promów jest na przystanku Sheung Wan – jest to ostania stacja metra Blue Line. Trzeba wjechać windą na 3 piętro i tam można kupić bilety. Promy są mniej więcej co pół godziny. 

Chińczycy powiadają, że Macau jest dla nich bardzo egzotycznym miejscem, smakiem Europy, więc mało to dla nas egzotyczne. Rzeczywiście jednak muszę przyznać, że jest to zupełnie inne miejsce niż HK. Macau było portugalską kolonią od 1513 roku, kiedy to pierwszy Portugalczyk Jorge Alvares zawinął do tamtejszego portu. Stosunkowo niedawno bo w 1999 roku Portugalia oddała Macau Chinom. 

Większość nazw ulic, restauracji, hoteli ma nazwy portugalskie, a Chińczycy mieszkający tam znakomicie mówią w tym języku. 

Bardzo często można się spotkać z nazwą, że Macau to chińskie Las Vegas. W mieście rzeczywiście mnóstwo jest kasyn, które błyskają światłami. Wszystko to oczywiście tchnie poważnym kiczem, ale nocą jest jak bajce w Disneya.

Chyba najbardziej popularnym miejscem jest Ruinas De Igreja De Sao. Są to ruiny starego kościoła zbudowanego w XVII wieku przez chrześcijan. Podobno jest to największy pomnik chrześcijański w Azji. W podziemiach ruin są grobowce do których można wejść.

Przecudownym miejscem, aby trochę odpocząć jest ogród Lou Lim Loc Garden. Cały ogród jest zaprojektowany zgodnie z regułami feng-shui. To się naprawdę czuje, drzewka bonsai różnej maści i kształtu, fontanny, kwiaty, ptaki… Naprawdę jest miło. Jeśli uda się tam pojawić wczesną porą to można spotkać lokalsów, którzy wykonują swoje codzienne ćwiczenia Tai Chi.

Wieczorem wybraliśmy się do polecanej w przewodniku Lonley Planet knajpki: Moonwalker Bar, całkiem miłe miejsce, ale jak byliśmy ok. godz. 22 to jeszcze nie za wiele się działo. Drinki były od serca, ale muzyka fatalna, taka dyskotekowa papka (to tak subiektywnie ponownie, bo to zależy co kto lubi)

Kiedy już nacieszymy się portugalskim powiewem na Macau i zaspokoimy pierwszy głód zakupowy w HK możemy przyjrzeć temu co nas otacza (poza sklepami).

Dla mnie najpiękniejszym miejscem w HK jest The Peak, wspaniałe miejsca widokowe. Największy efekt jest w nocy, kiedy można zobaczyć HK tryskający kolorami i życiem. The Peak to góra na której znajdziemy różne atrakcje: muzea, restauracje, tarasy widokowe. Na szczyt możemy się dostać między innymi tramwajem, który prawie pionowo podjeżdża do góry i zjeżdża w dół, jest to naprawdę niezła frajda. Wygląda to dość karkołomnie, ale podobno ów tramwaj nigdy nie miał wypadku.

Drugą co do wielkości wyspą po HK w tym rejonie jest Lantau. Główną atrakcją tej wyspy jest największy, metalowy posąg Buddy na zewnątrz. Stoi na najwyższym szczycie (957 m) i góruje nad całą okolicą. Robi wrażenie. Na szczyt dostać się można kolejką linową, autobusem lub wmaszerować specjalnymi szlakami górskimi. Jak przystało na prawdziwych wyczynowców wjechaliśmy kolejką. Widoki zwaliły nas z nóg. Większość wyspy zajmuje park, góry i plaże.

Aby zgłębić bardziej HK trzeba by było tam pobyć trochę dłużej. Spróbować wtopić się w jego codzienność, wyczuć rytm. Stracić choć na chwilę status turysty. Myślę, że to państwo-miato-wyspa i jego okolice ma jeszcze wiele tajemnych miejsc do odkrycia, wiele historii do opowiedzenia.

Kategorie: podróże
Otagowane: , , , ,

Jawa w pigułce

18.12.2007 · Dodaj komentarz

Praktyczne informacje dotyczące podróżowania po Indonezji.

WIZA – na 30 dni kosztuje ok. 30 USD (obowiązująca cena w 2007 roku) i można ją zdobyć na lotnisku.

UBEZPIECZENIE – wyjeżdzając do Indonezji na pewno warto wykupić ubezpieczenie zdrowotne ze względu na wysokie koszty prywatnego leczenia w Indonezji i kiepską jakość leczenia państwowego. Przed zakupem odpowiedniej polisy dobrze jest sprawdzić czy dany ubezpieczyciel ma swojego przedstawiciela, agenta na terenie Indonezji, albo z jaką jednostką medyczną ma podpisaną umowę, ponieważ nie wszystkie prywatne kliniki respektują polskie polisy.

CHOROBY – zmiana strefy klimatycznej związana jest oczywiście ze zmianą srodowiska bakteryjnego co często obfituje w różnego rodzaju dolegliwości ze strony układu pokarmowego. Z podstawowych środków wiadomo, że trzeba zaopatrzyć się w tabletki na biegunkę i silne środki na moskity. Jeden z Indonezyjczyków mówił, że niegroźne są komary, które gryzą w nocy, ale niebezpieczne są te, które kąsają w dzień. Najczęściej możemy załapać nieproszonych (nie)przyjaciół układu pokarmowego, dlatego warto jadać w sprawdzonych miejscach, poza tym może warto zaszczepić się na dur brzuszny. Zachorowalność zwiększa się w porze deszczowej (paźdz-kwie). Poza Jawą i Bali jest dość popularna ptasia grypa, ale jak wiadomo wirus ginie w temp. powyżej 70 stopni C i jest wrażliwy na wszelkie detergenty. Zasady higieny obowiązują takie jak w Azji.

PODRÓŻOWANIE – jeśli ktoś ma pomysł podróżowania po Indonezji swoim samochodem warto wiedzieć, ze na czas pobytu trzeba auto zarejestrować w indonezyjskim biurze rejestracyjnym i musimy się poruszać na ichniejszych tablicach. Jednak zdecydowanie najlepiej korzystać z taksówek. Dostępne są również wypożyczalnie samochodów, ale warto wiedzieć, że prawo drogowe jest bezlitosne dla obcokrajowców i jest tak skonstruowane, że winę zawszę ponosi przyjezdny. Dlatego obcokrajowcy, którzy stacjonują w Indonezji na dłużej z reguły mają wynajęte samochody z kierowcami.

TAXI – najsensowniejszy środek transportu, ale ważne jest żeby jeździć taksówkami firmowymi BLUE BIRD. Firma ta daje gwarancję, że w razie jakichkolwiek zastrzeżeń można złożyć reklamację. W Dżakarcie są płatne drogi i co paręnaście kilometrów są bramki za które płaci pasażer, więc albo można dawać pieniądze na bieżąco przy każdej bramce albo taksówkarz płaci ze swojej gotówki doliczając to do rachunku na koniec. Taksówkarze korporacyjni też próbują naciągać, więc trzeba być czujnym przez cały czas. Kierowcy są przyzwyczajeni do napiwków.

JĘZYK – niestety indonezyjski, dość słabo mówią po ang. nawet w centralnych miejscach, hotelach czy restauracjach. Nie spotkałam też ani jednego taksówkarza mówiącego po ang., więc często trzeba być przygotowanym na język migowy lub język ciała.

Bardzo przydatna wskazówka jeśli chodzi o wymianę pieniędzy! Oczywiście najlepiej mieć ze sobą dolary amerykańskie i wymieniać je w bankach lub w autoryzowanych kantorach. Jednak możemy mieć problem z wymianą jeśli banknot będzie zgięty – złożony na pół etc. Nie chodzi tu o to, że banknot jest wymięty i nieczytelny, ale jeśli tylko jest delikatnie złożony nie chcą go wymienić i w zasadzie niewiadomo dlaczego. Niestety przydażyło mi się to parokrotnie, więc później przed wizytą w kantorze prasowałam banknoty albo trzymałam w grubej książce ;-)

Kategorie: podróże
Otagowane: , , , , , , ,

Czechy – Praga 2007

18.09.2007 · Dodaj komentarz

Kategorie: podróże

Indonezja – Jakarta 2007

18.09.2007 · 1 komentarz

p1030686Jakarta, stolica Indonezji to przyjemne miejsce, ale nie na dłużej niż na 3 dni. De facto gdyby nie palmy, niektóre zjawiskowe rośliny i tropikalna pogoda, bardzo przypominałaby europejską metropolię. Potężne, modernistyczne biurowce – połączenie metalu i szkła, loga banków z całego świata, ekskluzywne centra handlowe… trochę mało egzotycznie.

Jak przystało na szanujący się muzułmański kraj (główną religią w Indonezji jest islam) od wschodu słońca można doświadczyć z wszechobecnych megafonów muzułmańskich “śpiewów” nawołujących do modlitwy (wybierając miejsce noclegu warto sprawdzić czy okna pokoju nie wychodzą wprost w objęcia megafonu, ponieważ każdy dzień będzie się śpiewnie zaczynał o 5 rano. Ponadto muzein pięć razy dziennie śpiewnie przypomina wiernym o modlitwie).

p10306931Centrum Jakarty to MERDEKA BARAK, na którym znajduje się pomnik Merdeka, wzniesiony w 1960 roku na pamiątkę niepodległości. Miejsce to opisywane w przewodnikach jako konieczne odwiedzenia ba, a nawet jeśli go kto nie odwiedzi to jakby w Jakarcie nie był. No, więc byłam i widziałam, żeby nie było. Dlatego z całym przekonaniem i nawet z trzema palcami na sercu śmiem twierdzić, że wycieczkę tą odbyć można z powodu absolutnego braku innych zajęć. Ogromny betonowy plac przyozdobiony licznymi ogródkami i fontannami, które rzeczywiście są urokliwe, ale żar lejący się z równikowego nieba jest bezlitosny, a o cień tam trudno. Kto jednak nie zawierza moim subiektywnym słowom, niech nie zapomni zabrać na wycieczkę butelki wody bo na placu cienko ze sklepami. Można zakupić bilet i wjechać na szczyt pomnika aby zobaczyć panoramę Dżakarty. Na placu p1030663roi się oczywiście od naciągaczy, którzy przypadkiem mają w worku na plecach, każdą pamiątkę o jakiej możesz zamarzyć. Tu – po raz kolejny – ważne okazują się umiejętności negocjacyjne (z reguły można wynegocjować co najmniej połowę). Podróżując po wschodzie trzeba bardzo uważać na różnej maści naciągaczy, ale z drugiej strony warto z nimi czasami porozmawiać – o ile nie są zbyt nachalni – i zasięgnąć języka o ciekawostki danego kraju. Są to często informacje bardzo cenne, nie do znalezienia w przewodnikach.

Kolejne miejsca na mapie turystycznej Jakarty to: KOTA – stare miasto i zabudowy z XVIII w. wraz z ratuszem z tego okresu, SUNDA KELAPA – port i kolonialna część. Nie rozpisuję się o tych miejscach bo naprawdę nie ma tam nic szczególnego.

TAMAN ISLAIL MARZUKI – jest określane jako centrum kulturalne miasta, w którym odbywają się koncerty gamelanu (rodzaj indonezyjskiego zespołu muzyki tradycyjnej), pokazy tańców narodowych i że można tam doświadczyć artystycznych uniesień, a tu znowu niespodzianka. Jest to ogrodzony plac na którym stoją trzy budynki – jeden to teatr, drugi kino, a w trzecim znajdują się bary szybkiej obsługi i kawiarnie. Pośrodku placyk, ławeczki i koniec. Jeśli o mnie chodzi to jakoś artystycznie się nie uniosłam, a może i przeciwnie nawet.

p1030891PASAR BARANG ANTIK – bazar z rękodziełami indonezyjskimi. Na odwiedzenie tego miejsca czekałam niecierpliwie przygryzając wargi. Bardzo lubię zagrzebywać się w starych, tajemniczych rzeczach, kiedy to każdy z takich przedmiotów bajeczną historię opowiedzieć może. No cóż… Ulica upstrzona małymi kramikami na stoiskach można było znaleźć wszystko, ale przede wszystkim tandetę. Trochę chińskiej porcelany, niekoszerne buddyjskie posążki, noże, szable, miecze, które oczywiście były własnością wielkich, historycznych wojowników. Ciekawe, że na każdym stoisku leżał co najmniej jeden nóż tego samego bohatera.. Generalnie mnóstwo pseudo antyków po okazyjnej cenie. W zasadzie można było tam wygrzebać parę ciekawych lub śmiesznych gadżetów, ale nie były aż tak bardzo nadzwyczajne żeby je dźwigać w dalszej podróży.

p1030824Aby zrównoważyć bilans za i przeciw podróży do Jakarty opowiem teraz o niezwykłym TAMAN MINI INDONESIA, w którym znajdują się między innymi repliki tradycyjnych, starożytnych budowli z 34 prowincji Indonezji. Od momentu wjechania na teren tego skansenu, parku poczułam się jak po drugiej stronie lustra. Nagle zniknęła cała biznesowa stolica na pokaz, a ukazały się niezwykłe drewniane budowle z nieprawdopodobnymi malunkami i ornamentami. Wszystko dookoła żyło kolorami najmocniejszymi. Do wielu z tych domów można wejść do środka i obejrzeć tradycyjne stroje indonezyjskie, sztukę, rękodzieła ludowe.

p1030860 Pomiędzy budynkami znajdują się czarowne parczki ze stawami i licznymi rzeźbami przedstawiającymi historię Indonezji. Oprócz tego konieczny jest spacer po ogrodach z orchideami oraz wizyta w kinie trójwymiarowym Keong Mas Imax Theatre na pokazie filmu o kulturze i naturze indonezyjskiej. Film jest krótki, ale robi niesamowite wrażenie. Jest tu również osobliwe muzeum insektów oraz park motyli.

p1030852Kolejną rzeczą jest wielkie akwarium gdzie można się znaleźć w królestwie niespotykanych ryb i przerażających stworzeń wodnych. Niektóre okazy są naprawdę niezwykłe, aż trudno uwierzyć, że to istoty z naszej planety.
Niestety jest też kiepski aspekt wyprawy po cudach wodnych, ale jest to kwestia indywidualna, związana z osobistymi odczuciami, jednak podzielić się nią muszę. Przyglądając się zwierzętom zauważyłam, że są one trzymane w niezbyt dobrych warunkach. Niektóre ogromne ryby trzymane były w dużych akwariach, ale nie wystarczająco dużych, aby ta ryba mogła się poruszyć, więc tkwiła tam zawieszona poruszając jedynie skrzelami. W innym miejscu przepiękne żółwie, które morderczo rzucały się na szklaną ścianę akwarium i za wszelką cenę próbowały wyskoczyć, były poranione, a jednak nie ustawały w próbach ucieczki. Było tam jeszcze wiele innych naruszeń, które by nie przeszły w naszym świecie, a tam raczej nie mają znaczenia. Mnie takie rzeczy poruszają, więc wycieczka po tym miejscu skończyła się dość szybko. Na pewno ważna to informacja dla tych z “wrażliwym sercem”.

Kolejną rzeczą na plus (w zależności kto czego poszukuje) były przepiękne centra handlowe. Począwszy od marek typu Channel, Gucci a skończywszy na… w zasadzie nie skończywszy bo tyle tego tam jest. Istny raj dla łowców markowych ciuchów po nieco niższych cenach i shoppingu pod każdą postacią. Jedne z większych centrów: SENAYAN CITY, PASAR RAYA, SARINAH, i wiele, wiele innych.

p1030889Ulice Jakarty nie są bezpiecznie szczególnie dla obcokrajowców, dlatego wskazane jest poruszanie się taxówkami. Biała twarz i wzrost dość mocno wyróżniają się wśród tłumów. Ze względu na to, że to muzułmański kraj kobiety powinny uważać na to w co się ubierają – bez zbytniego eksponowania elementów ciała – i raczej niewskazane są samotne spacery, szczególnie wieczorem.
Generalnie z moich podróżniczych doświadczeń wynika, że ludzie w krajach muzułmańskich – poza ośrodkami turystycznymi – nie są wyjątkowo otwarci i przyjaźni, a już szczególnie do białych kobiet ubranych zgodnie ze swoją kulturą.

Kategorie: podróże
Otagowane: , , , , , , , , , , , ,

Hiszpania 2005

18.09.2007 · Dodaj komentarz

Kategorie: podróże

Malezja 2006

18.09.2007 · Dodaj komentarz

Kategorie: podróże

Singapur 2006

18.09.2007 · Dodaj komentarz

Kategorie: podróże

Tajlandia 2005

18.09.2007 · Dodaj komentarz

Kategorie: podróże